Co dalej?

Zima w Hubers Alp

Zima to okres dla przyrody odpoczynku, regeneracji. Jednak nie dla górali. Dla mieszkańców gór to okres wzmożonego wysiłku, bo chociaż ziemia odpoczywa, a zwierzęta zamknięte są w oborach, to codzienne obowiązki napędza trudna zimowa aura. Obfite opady śniegu, niskie temperatury utrudniają transport, do tego dochodzą lawiny, awarie instalacji grzewczych, a dla tych, którzy żyją z turystyki, zmima to okres drugiego sezonu napływu gości. Dzień staje się coraz krótszy, a pracy nie ubywa, tylko przybywa.  Dla mieszkańców Hubers Alp ta zima była wyjątkowa, bo choć odpadły ich troski finansowe, to nadwyżka gotówki postawiła przed nimi pytanie, jak ją dobrze zainwestować, żeby nie przeżywać w przyszłości kolejnych problemów finansowych. Kiedy Marie długie zimowe wieczory spędzała   przy kominku, w fotelu z kocykiem na kolanach i książką w ręku, to Lorenz i Lisa na planach inwestycyjnych dla Alp na nadchodzącą wiosnę. Lisie przypadła teraz rola tej, która kontroluje i zakreśla realność planów ojca, żeby znowu nie skończyło się na długach. Lorenz chciałby odbudować stado, a to co mu zatruwa głowę, to własny wiek. Do grobu to on się jeszcze nie wybierał, co to, to nie!  Mimo to Lorenz czasami czuł się nie jak przyszły dziadek, ale jak przyszły ojciec, który musi myśleć, jak tu zapewnić dziecku utrzymanie i dobre wychowanie przez następne dwie dekady. „Ileż to lat on będzie miał, gdy dziecko Marie dorośnie i będzie mógł mu Alp przekazać?” – Lorenz woał nie liczyć, bojedyna odpowiedź jaka przychodzi mu do głowy to: „Matuzalem. “Na szczęście zawsze jest nadzieja, że czas podpowie inne – lepsze – rozwiązanie. „Tja, ten nowy przyjaciel Marie wydaje się w być porządku. Wykształcony, ale nosa nie zadzierał przed nim, roboty ciężkiej też się nie brzydził. Hmm, wziął na siebie rolę ojca dziecka – znaczy, że Marie mu się podoba i jemu na niej zależy. Bez dwóch zdań! Nie ma więc co się martwić na zapas, tylko trochę jednak gotówki zatrzymać. Stopnieją śniegi i wraz z nimi odpłyną z Alp wszystkie kłopoty.” – pocieszał się w te długie zimowe wieczory Lorenz.

Sytuacja zaś, że Marie, która była główną do tej pory siłą roboczą w Alp, spodziewała się dziecka, zmusiła siłą rzeczy domowników do przeorganizowania codziennej pracy w Alp.  Na co dzień to Lisa zajęła teraz miejsce Marie w pracach domowych i w ich serowej fabryce. Przyszło pani prawnik zdjąć obcasy, ubrać gumiaki i wziąć widły, czy łopatę do ręki.  Od momentu, gdy tylko pierwszy śnieg zasypał Alp, to żaden klient się do niej nie pofatygował do biura położonego wysoko w górach. Lisa szybko dostała zapłatę za wgardę, którą okazała swego czasu pracy Marie, gdy zarzuciła jej, że ta po cichu życzy jej klapy w interesie i zajęcia przy niej miejsca przy dojeniu kóz. Karma działa bezustannie.  Już sama kozy doiła i z serami co tydzień na targ goniła. Jednak brak klientów coraz bardziej Lisę irytował i deprymował. Jeszcze trochę i będzie mogła budę zamknąć. I rzeczywiście zostaną jej tylko kozy. Musiała wreszcie coś z tym zrobić. Pozostawał jeszcze, nadal nierozwiązany, problem znalezienia stałej pomocy do gospodarstwa. Co nie było proste, bo tu nikt z miejscowych od dwudziestu lat nie chciał przyjść pracować. Ale, że Sebastian poczynił parę kroków w kierunku Lorenza – te wtorki szachowe to wielka łaska ze strony dawnego przyjaciela, więc siostry znalazły w końcu kogoś do pracy. Tą pomocą okazała się być dwudziestokilkuletnia Sara Blumental. Dziewczyna była ekolożką po studiach, wielką zwolenniczką zdrowego trybu życia – jak zarazy unikała wszelkich kupnych kosmetyków i przetworzonego jedzenia, do tego była joginką i weganką. Urodziła się i wychowała w mieście, ale kochała góry i w Alp upatrywała możliwości życia wreszcie w zgodzie z naturą. Odkąd trawa się zazieleniła w Alp, a temperatura rano przekroczyła kilkanaście stopni, to każdego poranka, jeśli tylko nie było deszczu, wynosiła na trawnik swoją matę do jogi i zaczynała dzień od powitania słońca. Z wyglądu była typem chłopczycy – nosiła krótkie włosy, dżinsy, męską koszulę, do tego prawie żadnych ozdób. Ruchy miała zwinne i pełne gracji. Całą sobą ucieleśniała piękno natury – zero sztuczności. Temperament miała raczej spokojny – bliski Marie, za to język cięty jak brzytwa, przy którym drobne złośliwości i uszczypliwości najstarszej z córek Hubera brzmiały jak komplementy do bukietu ślubnego panny młodej. Ta pyskata i nie dająca sobie w kaszę dmuchać dziewczyna, o bardzo wyrazistych poglądach z miejsca spodobała się obu siostrom. Ale, że też nie była z tych, co im trzeba o obowiązkach przypominać i żadna tam cackająca się z sobą mimoza, to początkowo i Lorenzowi przypadła do gustu. Jako że Huber wyjątkowo nie znosił żadnych dziamdzii, co to wiecznie w obłokach bujają i o księciu na białym koniu rozmyślają. Początkowo – to jest do pierwszego wspólnego posiłku. „No, tej to chyba tato nie kochał!” – zakołatało się po głowie Lorenza Nie było śniadania, nie było kolacji, żeby dziewczyna jakiejś wstawki pod adresem rodu męskiego nie zrobiła. No uszy więdły! Atmosfera przy stole, jak na manifie feministycznej. Huber był przyzwyczajony do tej pory, że on w swoim domu to był ten rodzynek, który jego kobiety od zawsze hołubiły.   Na szczęście dla gospodarza Alp, Sara nie wchodziła mu za wiele w drogę. A odkąd wyruszyły na hale pierwsze stada bydła z doliny, pośród których wreszcie wypasało się także jego nowe małe stadko, to dobry humor nie opuszczał Lorenza. Szczęśliwa, pełna nadziei i wreszcie spokojna o jutro twarz Marie oraz myśl, że już w połowie czerwca powitają w Alp nowego mieszkańca, wszystko to powodowało, że Lorenz byłby w stanie znieść w Alp nawet z tuzin zołz podobnych Sarze.ła

Wiosna w Leitnerhof

Wiosna w Alpach

Minęła zima, wraz ze smutną dwudziestą już rocznicą śmierci Petera i z nadejściem wiosny przyszły też wielkie porządki w Leitnerhof. A zaczęło się od kłótni braci. Wszystkie decyzje, które w tamtym czasie Georg podejmował były tego rodzaju, jakie właśnie by nie podjął, gdyby nie został wprowadzony w błąd. Sprawa Marie była dla niego formalnie zamknięta – wycofanie się.  Formalnie, bo na poziomie emocji, to paradoksalnie dzięki właśnie Janowi, działało pierwsze prawo rynku: im dane dobro jest mniej dostępne, tym jego wartość jest większa. Marie była niedostępna – jej akcje szły w górę. Generalnie wszystkie jego myśli krążyły wokół pytania: „Co by było, gdyby się ta przybłęda nie przypałętała do Alp!” Wizyta starego kumpla Steffena na jesieni dała Georgowi mocno do myślenia. Bilans roczny, który przedstawił Florian rodzinie nie napawał radością, ani optymizmem na przyszłość.  Nie mając nic lepszego do roboty w długie zimowe wieczory zajął się Georg planami odnośnie do zajazdu, żeby wraz z nadejściem sezonu wykosić okoliczną konkurencję i poprawić nie najlepszą kondycję finansową rodzinnego interesu. Niestety jego entuzjazm szybko przygasił rządzący zajazdem Florian. „To nie jest dobry czas na zmiany. Nie ma na to wystarczająco środków. Ojciec dopiero co jak spłacił Huberów i się nie dołoży. Plany zamiany pastwisk pod działki pod zabudowę upadły, gdy wniosek odrzucił urząd. Trzeba by zaciągać poważne kredyty. Za duże ryzyko.” – usłyszał od brata, kiedy przedstawił mu projekt zmian w funkcjonowaniu zajazdu.  Tej wiosny Karin i Florian bardziej zajęci byli planowaniem urlopu we dwoje poza Allgäu jak tradycyjnymi wiosennymi remontami, przeróbkami. Co tu dopiero mówić o pełnych rozmachu planach inwestycyjnych, które zaproponował Georg! Po konfrontacji Floriana z Lisą przyszedł czas na konfrontację z własną żoną – przejrzenie na oczy. Odpadło to, co ten obraz przez wszystkie lata zakłócało – niewygaszone uczucie do Lisy. Teraz ten obraz był czysty i klarowny. Efekt – zniknęło to, co od początku kładło się cieniem na małżeństwo Floriana i Karin – niepewność co do uczuć.  Pogrzeb Lisy dokonany, zima odeszła i żałoba skończona. Nadeszła wiosna: ptaszki śpiewają, gołąbki gruchają, trawa się zieleni, wszystko kwitnie. Za oknami wprawdzie dopiero kwiecień, ale w sercach Karin i Floriana już prawdziwy maj: „Love is all around[1]”. Minęły święta Wielkiejnocy, Mila powróciła do Monachium po świątecznej przerwie, a uwolnieni od przyzwoitki w domu rodzice zajęli się nawzajem sobą: „Gdy nie ma w domu dzieci, to jesteśmy niegrzeczni […]”[2] To późne szczęście małżeńskie młodszych Leitnerów, którzy swym zachowaniem przypominali bardziej nowożeńców, jak małżeństwo z dwudziestoletnim stażem, rzucało się już po oczach całemu Leitnerhof. Sebastiana serce oczywiście radował ten widok. Od niepamiętnych czasów zazdrosnemu o brata Georgowi, teraz dopiero żałość zaczęła cztery litery ściskać, a język puchnął od nieustannych złośliwości, na te wiosenne przebudzenie w małżeństwie brata. Przygodne turystki spowszechniały Georgowi, a Anna od dawna mu się nie narzucała. Samotność zawodziła mu w sercu bardziej od strun starych skrzypiec, a czas płynął od jednej wizyty córki do kolejnej. Tylko Lea jeszcze wprawiała go w radosny humor, tylko córka wprowadzała jakąś ożywczą nutę do szarej codzienności. Karin i Florian, jak na ludzi szczęśliwych przystało, z serca życzyli każdemu obok uśmiechu fortuny, nie dziwi więc, że jeśli w ogóle jeszcze na przycinki Georga reagowali, to z pobłażliwością dla dziecka, ewentualnie litością dla głupca, który sam swoje szczęście roztrwonił. Florian był teraz jak najdalej od planów brata co do zajazdu, głowę jego zaprzątają zgoła inne plany – powiększenie rodziny. Stąd też nie miał żadnego zrozumienia dla pomysłów Georga. Bracia szybko weszli w zwarcie. Georg próbował ostatniej szansy do przeforsowania swojego zdania szukając poparcia u ojca. Niestety, spotkał go tu kolejny tylko zawód, bo ojciec umył tym razem ręce, stwierdzając, że sami mają się dogadać. Niemożność dogadania się z bratem w sprawie przyszłości zajazdu poskutkowała decyzją Georga, żeby porzucić na dobre Leitnerhof i spróbować swoje plany realizować poza Leitnerhof, poza Allgäu – w Monachium. Kierunek był oczywisty, skoro tam mieszkała jego córka – jedyna osoba, z którą łączyły go uczucia. Sebastian generalnie skłonny był poprzeć zdanie starszego syna, bo wiedział, że on przynajmniej jakieś swoje zdanie ma, gdy Florian po prostu realizuje to, co podszeptuje mu Karin. Zaś jego opinie są tylko wyrazem tego, co myśli jego żona, a sama nie ma odwagi na głos powiedzieć.  I pewnie by tak zrobił, gdyby widział w tym cień szansy na zmianę relacji braci, początek czegoś nowego, co stałoby się podstawą do budowania współpracy, a nie gruntem do kolejnych tylko konfliktów. Nie miał zamiaru patronować czemuś, co z góry skazane było na klęskę, tym bardziej wkładać w to może resztki swoich oszczędności. Florian ze wszystkimi swoimi ułomnościami charakteru, był dla ojca obrazem solidności i odpowiedzialności. Młodszy syn znał hierarchię wartości, wiedział, co w życiu jest najważniejsze – to rodzina. Sebastian nie miał wątpliwości, że Florian ani nigdy nie zrobi nic, żeby ją zniszczyć, ani tym bardziej nie wystawi rodziny na wstyd. Natomiast przyszłość Georga coraz bardziej zaczynała go niepokoić. Starszy syn z wolna upodobniał się do starego wiejskiego lowelasa, który wcześniej czy późnej skończy jako samotny ochlaptus, podszczypujący kolejne kelnerki zatrudnione przez swojego brata. Pomysł Georga, żeby spróbować czegoś nowego, poza Leitnerhof był więc godny aprobaty jego ojca, który coraz mniej miał złudzeń, że bracia zaczną wreszcie współpracować, jak przyszli wspólnicy Leitnerhof. Dlatego wyraził nawet chęć wsparcia tak, jak tylko może, finansowo Georga w jego planach poza Leitnerhof. W końcu dla Georga, który skończył 45 lat, to być może był ostatni taki moment w życiu, aby wytoczyć sobie nowe cele i nadać swojemu życiu jakiś sens. Jeśli zaś udałoby się Georgowi zbudować nowe życie w Monachium, to on spałby spokojnie, że po jego śmierci, Florian po prostu spłaci brata i na tym skończy się sprawa. Bo na wspólników to oni się nie nadawali, musiał przyznać w końcu sam przed sobą Sebastian. Ta kłótnia była tylko tego kolejnym dowodem. Tym bardziej wszystkie enigmatyczne uwagi Floriana na temat chęci powiększenia rodziny przyjmował Sebastian z wyraźną nadzieją. Mila wybrała życie poza Allgäu, Lea dorastając w Monachium pewnie z czasem też straci serce do tego miejsca i wybierze przyszłość w mieście. Wprawdzie miłość wnuczki do zwierząt, szczególnie do koni dawała jeszcze Leitnerowi nadzieję, że Lea tu kiedyś jednak wróci, to realizm sytuacji skłaniał Sebastian do myślenia, że dobrze by się stało, gdyby na świecie pojawił się prawdziwy spadkobierca Leitnerhof. Nie może więc dziwić, że plany powiększenia rodziny Floriana były bliższe sercu Sebastiana od planów Georga rozwinięcia rodzinnego interesu i puszczenia Leitnerhof na nowe tory. Tymi myślami coraz częściej dzielił się z Lorenzem, który z równą troską spoglądał w przyszłość swoich córek.  I dobrze im dwóm było znowu porozmawiać czasem o tym, co ich obu kłopocze, jednak daleko było dawnym przyjaciołom do dawnej konfidencji. Bo choć wytoczyli ramy swoich rozmów, żeby nie wpadać w nich na rafy, żeby nie dotykać tego, co dzieli i boli, to udawało się to tylko częściowo. Nie mówili o przeszłości, ale ona wracała i była stale obecna w każdej ich rozmowie. Wystarczyło, żeby temat zahaczył o dzieci, a myśli obu ich biegły do Petera, albo Lorenz wspomniał coś o planach rozbudowy stada, żeby wracała sprawa łąk. Huber wyrażał chęć wydzierżawienia od Leitnera swojej dawnej ziemi, jednak Sebastian szybko uciął sprawę, że póki on żyje, to o żadnych opłatach za wypas bydła na tej ziemi być nie może mowy. Pieniądze nie mogą już ich więcej podzielić. Lorenzowi, który chował przed przyjacielem tajemnicę Marie, trudno było wysłuchiwać tych wszystkich uwag Sebastiana na temat braku spadkobiercy Leitnerhof. Sekret ciążył mu bardzo na duszy, bo dodatkowo ich dzielił.   Nie zmieniało to jednak faktu, że Lorenz wcale   sobie nie życzył, żeby prawda wyszła na jaw.  Na temat starszego syna Sebastiana od niepamiętnych czasów miał stałe, dobrze już wyrobione zdanie: najgorszej nie życzyłby, żeby ten Leitner stanął na jej drodze.  Sprawa z Leą jawnie dowodziła, że Georgowi ufać nie było można. Tym bardziej nie chciał, żeby Marie musiała się w przyszłości układać z Georgiem co do wychowania wspólnego dziecka. Prawo stoi wprawdzie po stronie matki, ale w sądzie wcale nierzadko o wiele bardziej od prawa liczą się pieniądze. Te zaś mieli Leitnerowie, a nie oni. Tej smutnej prawdy nawet Lisa nie podważała i równie, co ojciec, lojalnie strzegła tajemnicy siostry. Szczerze i z całego serca więc Lorenz życzył Sebastianowi, żeby doczekał się wnuka od Floriana, a Georg zbudował sobie nowe życie w Monachium. Sebastian, zaś cieszył się słysząc od Lorenza, że Marie i Lisa dobrze się rozumieją i potrafią, jak trzeba nawzajem się wesprzeć. Nic większego uznania nie mogło wzbudzić u Sebastiana, że Lisa wolała zastąpić siostrę w gospodarce, kiedy ta nie była już dłużej wstanie pracować, niż może łapać pierwszego z brzegu klienta i rujnować sobie reputację jako prawnik. Z chęcią by postawił siostry Hubers swoim synom za przykład, gdyby tylko to mogło na nich jakieś wrażenie zrobić.  Jako człowiek taktowny, Sebastian nigdy nawet nie zahaczył w rozmowie z Lorenzem o ojca dziecka Marie. Jednak wystarczyło, że Lorenz tylko napomknął, iż są małe widoki na to, że Marie samotną matką nie będzie, żeby od razu wychylił kielicha za spełnienie się skrytych pragnień sąsiada. 


[1]Love is all around” – piosenka WET- WET – WET -miłość dookoła (wszędzie)

[2] „Gdy nie ma w domu dzieci, to jesteśmy niegrzeczni …”  – piosenka Kultu

Jeszcze kilka dni i nocy, i wszystko wróci do normy
Będziemy zorganizowani i poważni, uczesani i przezorni
Jednak jeszcze dzisiaj i jutro, pojutrze i popojutrze
Pozwól nocy kochana, życiu nosa utrzeć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: